Itadakimasu!
Rozdział I
Księżyc otulał ciemne uliczki. Jedyne żywe istoty błąkające
się o tej porze po tym okropnym mieście to koty- nieustraszeni podróżnicy. No
tak, zapomniałam o szczurach, te wstrętne stworzenia chyba nigdy nie śpią.
Żaden normalny człowiek nie puszczał by się o tej porze bo mieście, są zbyt strachliwi
by chodzić po ulicach kiedy zaczyna się ściemniać a o nocy nawet nie ma co
gadać… Siedziałam na dachu jednej z kamienic i przyglądałam się poczynaniom kocura,
który najwyraźniej został uwięziony na dworze przez swych właścicieli.
Denerwowało mnie jego miauczenie, więc podeszłam do niego i jednym ruchem
otworzyłam okno, ten zaś wskoczył do mieszkania i posłał mi ciche podziękowanie
w postaci machnięcia ogonem. Już po chwili stworzenie leżało na łóżku, tuż przy
swej małej właścicielce. Uśmiechnęłam się prawie niezauważalnie i jednym ruchem
zamknęłam okno, po chwili obróciłam się na pięcie i o mało co nie dostałam
zawału. Stał za mną przynajmniej o dziesięć centymetrów wyższy szatyn.
Klepnęłam go niezbyt mocno po ramieniu i z wyrzutem powiedziałam:
-Możesz mnie nie straszyć? Obiecuję Ci, że kiedyś tego
pożałujesz…- Powiedziałam lecz chłopak nadal stał niewzruszony, mogłabym
przysiąc że na jego twarzy malował się lekki uśmiech. Położył rękę na mym
ramieniu, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Warknęłam tylko a on zaśmiał
się, no cóż, może w poprzednim wcieleniu byłam jakimś ładnym pieskiem? Musze
przyznać że moje przemyślenia mnie dobijają… -No i z czego się śmiejesz?
Popatrzył byś na siebie! Kiedy ostatnio coś ze sobą robiłeś, oczywiście oprócz
trenowania… Ta twoja nie uległość jest po prostu powalająca. Dziewczyna owinęła
Cię sobie wokół palca! –Powiedziałam i westchnęłam ciężko, nie mogłam uwierzyć
że jakaś lafirynda mogła go uwieść. Jedyne co mnie w tym boli to fakt, że mi
się nie udało, ale przecież zawsze może być inny, prawda? Z tych bezsensownych
przemyśleń wyrwał mnie głos Aleksandra. –Po to mam oczy żeby się na Ciebie
patrzeć a to z czego mam przyjemność się śmiać to już tylko i wyłącznie moja
sprawa…
-No co ty? To tak jakbyś zarzucał mi to że nie wiem do czego
służą oczy…
-Bo może nie wiesz? Przecież takie osoby jak ty często
zapominają różne rzeczy, skąd więc mogę wiedzieć że wiesz do czego się ich używa?
Zaśmiałam się chłodno i podeszłam bliżej niego. –Dosyć tej
cudownej wymiany poglądów, może w końcu zaszczycisz mnie informacją z jaką tu
przybyłeś? W końcu nigdy nie przychodzisz do mnie od tak sobie. –Powiedziałam i
popatrzyłam na niego podejrzliwie, z bliska wydawał się jeszcze
przystojniejszy.
-Masz racje, do ciebie nie przychodzi się z pustymi rękami.
Moja propozycja jest następująca:
zlikwidujesz pewnego gościa, to najprawdopodobniej ktoś z rosyjskiej mafii.
Zagraża mojemu klientowi. Facet którego masz sprzątnąć to dawny wojskowy a jak
wiadomo tacy są jeszcze groźniejsi…
Przerwałam mu i zapytałam –A co będę z tego mieć? -Popatrzyłam na niego podejrzliwie, już miałam
coś powiedzieć kiedy ten zaczął –Wiedziałem, że o to zapytasz. Co powiesz na
taką kwotę? –Pokazał mi kwitek na którym widniała sześciocyfrowa sumka.
–Dostaniesz tyle jeśli szybko wykonasz robotę…- Patrzył na mnie badawczo a na
jego twarzy widniał chytry uśmieszek. Ponownie zabrałam głos –Jedziesz do
Moskwy ze mną czy może mam zrobić to sama? Pamiętaj że jestem tylko
„człowiekiem” i nie zawszę dam radę.
-Jadę z tobą… -Powiedział i zaśmiał się cicho. –Co do
twojego człowieczeństwa miał bym wątpliwości zresztą tak jak i do swojego. To
jak? Bierzesz to?
-W sumie, rosyjska mafia dość dobrze mnie zna…- Zaśmiałam
się cicho i zapytałam –To kiedy zaczynamy?
-Jutro rano na lotnisku, pierwszy lot do Moskwy o 5.30… -
Powiedział i równie szybko jak się tu zjawił, już go nie było
-No moi drodzy przyjaciele… Szykujcie się na mój wielki
powrót.
Powiedziałam i jednym susem zeszłam z dachu. Powoli zaczęłam
kierować się w stronę domu jednak jak zwykle nie mogła mnie ominąć dodatkowa rozrywka. Dwóch
osiłków stało na końcu ulicy i z nie najlepszymi humorami przypierali jakiegoś
biedaka do ściany. Ja oczywiście, jak to porządna obywatelka podeszłam do nich
i z uśmiechem oparłam się o mur. Skądś znałam tego biednego chłopaka ale nie
mogłam sobie przypomnieć.
-Nie wiem czy wiecie ale za taką rozrywkę można nieźle
oberwać…
Mężczyźni popatrzyli z kpiną w moją stronę, najwyraźniej nie
wiedzieli że w tym momencie powinni uciekać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz